Na skarpie, w cieniu sosen i wstęg chmur odbijających się w lustrze jeziora, ktoś w 1972 roku wcisnął dwa proste modernistyczne budynki. I dobrze zrobił, bo dzięki temu mamy dziś do czynienia z miejscem wręcz kultowym. Ośrodek Stawiska w Stawiskach na Kaszubach to jedno z tych miejsc, które powstały nie z miłości do awangardy, ale z potrzeby. W rezultacie dały jednak architekturze więcej, niż niejeden konkursowy projekt z lat 60.
Na pierwszy rzut oka – klasyka peerelowskiego wypoczynku: dwa pawilony hotelowe, jadalnia połączona przeszklonym korytarzem. A jednak to, co najciekawsze, nie jest widoczne od razu. Trzeba zejść na poziom jeziora. I wtedy dzieje się coś niespodziewanego – na linii wody wyrasta dekonstruktywistyczna kawiarnia. Trochę jakby ją ktoś złożył z papieru, a potem dodał szklane kule. Mnóstwo szklanych kul.

Wczasy pracownicze w PRL
Zanim jednak zaczniemy zachwycać się świetlicą, zróbmy krok wstecz. Ośrodek Stawiska to dziecko systemu, który miał dać robotnikowi to, co burżujowi – tylko w wersji zbiorowej. Instytucja wczasów pracowniczych, rozwijana z rozmachem od lat 50., była nie tylko narzędziem wypoczynku, ale też elementem inżynierii społecznej. Ośrodki powstawały nad jeziorami, w górach, na skraju lasów – ale zawsze z myślą o dyscyplinie i integracji. Harmonogramy, wieczorki zapoznawcze, śniadania o 8:00. Czas wolny był formą obowiązku, ale też stosunkowo nowym przywilejem. I choć brzmi to jak oksymoron, to właśnie te sprzeczności tworzyły mitologię PRL-owskich wakacji. Architektura tychże miała być funkcjonalna, tania i łatwa do powielenia. Zdarzało się jednak, że ktoś po drodze dorzucił coś od siebie. Jak w Stawiskach.


Ośrodek Stawiska – modernizm relaksu
Ośrodek Stawiska to m.in. typowe, kanciaste, osadzone na skarpie z widokiem na jezioro pawilony hotelowe. Jeden z nich łączy się łącznikiem z jadalnią, w której zachowała się rzeźbiarska kompozycja – zapewne autorstwa Andrzeja Trzaski. Nie zachowała się dokumentacja, jednak styl znany z Domu Technika w Gdańsku czy pobliskiego Hotelu Gołuń wyraźnie wskazuje na tego artystę. Na fasadzie za to mieni się szklana mozaika z kaszubskim motywem kwiatowym. Ozdoba? Nie tylko. To też komentarz – wpisanie lokalnego kodu kulturowego w systemową architekturę. Trochę jakby beton próbował mówić językiem haftu.


Pierwsze fale dekonstruktywizmu
Ale serce całego kompleksu bije gdzie indziej. Tuż przy jeziorze, niemal zanurzone w zieleni i odbiciach fal, rozsiadła się świetlica-kawiarnia. Gdybym miał opisać ją jednym słowem to wybrałbym słowo dekonstrukcja? Nie ma tutaj kątów prostych typowych dla klasycznego corbusierowskiego funkcjonalizmu. Bryła jest rozczłonkowana, a przeszklone ściany rozchodzą się pod losowymi kątami tworząc wyjątkowo plastyczną przestrzeń. Wnętrze pełne jest szklanych kul – lamp zawieszonych tak gęsto, że przypominają deszcz zamrożony w locie. Przez ogromne przeszklenia wpada światło wydobywające światłocień z materiałów i mebli. Taras wychodzi prosto na jezioro, a przestrzeń ma w sobie coś z modernistycznej willi – tylko zamiast luksusu, mamy społeczny, egalitarny eksperyment.


Ośrodek Stawiska – wczasy jak w PRL
Właśnie w takich miejscach widać, że architektura wypoczynkowa PRL-u miała swoje ciche triumfy. Nie monumentalne jak gmachy ministerstw, nie zuchwałe jak wielkoskalowe osiedla – ale właśnie takie: kameralne, wtopione w krajobraz, z detalem, który robi różnicę. W czasach, gdy wszystko miało być zunifikowane, ktoś zaprojektował kawiarnię, która wygląda jakby zstąpiła z planu filmowego science fiction o samotnym architekcie marzycielu. I choć nie znamy jego nazwiska – zostawił po sobie coś więcej niż cegły i beton. Zostawił miejsce, w którym szklane kule świecą do dziś.




Źródła:
Ośrodek Stawiska
własne


